
~ Marek Nobel
(ciemno)Szary świat AI

O czym przeczytasz?
Preludium
Jasna strona mocy
Ciemna strona mocy
To jak żyć?
Bogaty pan w garniturze
Przetrwają najsilniejsi
Słowem zakończenia
„[…] No i widzicie, dzięki temu nie będziecie musieli tracić czasu na spotkania, design crity, konsultacje, prosić innych o pomoc - wszystko zrobi za Was [wstaw nazwę dowolnego AI toola]” - powiedział specjalista od AI w firmie.
W ostatnim czasie brałem udział lub słyszałem o co najmniej kilkunastu spotkaniach, których wydźwięk brzmiał mniej więcej w ten jakże pozytywny sposób. AI jest super, AI nam pomaga. Uczmy się ejaja, bo kto nie zna ejaja ten faja.
I gdy tak siedzisz i rozglądasz się po innych, w trakcie ów spotkań, to okazuje się że sporo uczestników - niezależnie od stanowiska - jest autentycznie podjaranych. Cieszą się. Kupują te pomysły. Widzą, że dzięki użyciu toola X ich efektywność wzrośnie o 19% w skali tygodnia. Czują, że tool Y oszczędzi im frustracji związanych z nieoptymalnym zagospodarowaniem czasu o co najmniej trzy punkty w skali pięciopunktowej. Są przekonani, że tool Z sprawi, że będą mogli podnieść oczekiwaną przez shareholderów wartość swojej pracy.
Brzmi to wszystko naprawdę pięknie - jak się okazuje nie tylko dla biznesu, bo rownież dla projektantów, developerów, ownerów, analityków ale też… nie dla mnie.
U mnie ekscytacji nie ma. Albo inaczej - jest, ale są też inne odczucia. Jest wątpliwość.
Preludium
Jak wszyscy wiemy, w 2023 roku Sztuczna Inteligencja zapukała w drzwi świata IT i przypadkowo - bo nie chce mi się wierzyć, że twórcy związanych z nią narzędzi spodziewali się wtedy aż takiej rewolucji - wywarzyła je wraz z futryną, warstwą tynku i kawałkiem ściany. W mainstreamie zaczęto słyszeć o OpenAI, ChatciePGT, LLMach i stopniowo, bo stopniowo, ale nawet sceptycy mieli okazję sprawdzić i przekonać się, że te rzeczy są naprawdę mocne.
I pomocne. Na tyle, że - umówmy się - tylko ignorant uznałby inaczej.
Jasna strona mocy
Jakubie, zrób mi… research?
Wpływ ChatuGPT, Gemini, Copilota i innych LLMów na nasze codzienne funkcjonowanie jest nieoceniony. W zależności od preferencji czy wykupionych przez firmę subskrypcji, narzędzia te używane są przez nas regularnie, do najróżniejszych aktywności - czasem mniej przerażających, jak wtedy gdy pytamy o flow nowego ficzera; czasem bardziej przerażających, jak wtedy gdy nadajemy im imię, stwarzamy osobowość i traktujemy jak osobistych kochanków (a było o tym głośno nie tak dawno!).
Ale niezależnie od tego czy jesteśmy w pełni zadowoleni z efektu czy brakuje nam w tym wszystkim pełni doznań, trzeba obiektywnie przyznać, że narzędzia te zrewolucjonizowały sposób, w jaki obecnie wyszukujemy informacje i komunikujemy się z cyfrowymi dobrodziejstwami.
A niekorzystanie z nich dziś jest jak granie w grę na hardzie, gdy inni grają co najwyżej na normalu. Nie ma sensu. Plus dla AI.
Przechowywalnie i syntezatory informacji
Na jednej z prelekcji podczas ubiegłorocznego I DESIGN Conf, Tom Koszyk opowiadał o wpływie AI na naszą pracę. I choć parę z wspominanych przez niego faktów pewnie miało już okazję się zdezaktualizować (to w końcu ponad pół roku temu, prawda?), tak zaznaczyć trzeba, że takie obszary jak transkrypcja spotkań, porządkowanie informacji oraz układanie ich w logiczne (a przy tym interaktywne!) zbiory wiedzy nadal mają się bardzo dobrze. A nawet jeszcze lepiej. Te dwa ostatnie mocno usprawnia choćby NotebookLM.
I jasne, że wnioskowanie ciągle kuleje, a same zbiory wiedzy bywają niedoskonałe. Nie trzeba być skrajnym sceptykiem AI, by to zauważyć. Ale umówmy się - manualna analiza informacji ssie dużo bardziej.
Nawet jeśli musimy weryfikować jakość outputu AI i tak, najzwyczajniej w świecie, oszczędzamy czas. Nie ślęczymy nad nagraniami spotkań. Nie spisujemy wniosków. Nie generujemy z nich wykresów statystycznych, licząc ile razy ktoś z respondentów odpowiedział na pytanie "tak", a ile razy padła odpowiedź "nie".
Teraz jesteśmy jak Juliusz Cezar, czekając z uniesieniem lub opuszczeniem kciuka na moment, kiedy AI wypluje odpowiedź. Tylko zanim sięgniemy po kolejną kiść winogron musimy najpierw rzucić okiem, czy nie wypluło żadnych głupot.
Nadal plus dla AI.
Efekt wow
Jest też on, gwóźdź programu, Claude Code od Anthropica. Narzędzie, które od czasu ChatuGPT wywołało chyba największe poruszenie w branży. Narzędzie, które na podstawie prostego promptu, przy starannym zadbaniu o należyty kontekst, potrafi zaprojektować sensowne ekrany nawet dla potężnych SaaSów. Potrafi nauczyć się Design Systemu. Nabyć skilli, które pozwolą przekuć wiedzę na realne działania.
Potrafi… zastąpić designera? Programistę? Jedni krzykną, że absolutnie nie, podając argument, że ktoś przecież musi umieć go odpowiednio obsługiwać. Że to tylko narzędzie. Drudzy uśmiechną się pod wąsem, licząc już oszczędności w Excelu.
Ale o tych drugich może później. Na razie przyznajmy, że Claude Code zaliczył - delikatnie mówiąc - cholernie udany debiut na rynku. I warto jest eksplorować jego możliwości.
Ciemna strona mocy
„You were the chosen one! It was said that you would destroy the Sith, not join them! Bring balance to the Force, not leave it in darkness!
Wiecie co łączy większość narzędzi AI i Anakina Skylewalkera? I on i one zapowiadali się wspaniale. A później wszystko się zesrało.
Znacie Figma Make? Korzystacie? Pamiętacie jak ogłaszano go na Configu w 2025? Kopara do ziemi opadała.Make miał zrewolucjonizować rynek. Zacierano ręce i czekano na niego z utęsknieniem. No to jest. I co?
W momencie, gdy o tym piszę już nie rewolucjonizuje rynku. Rozmawiam z ludźmi i wiele z nich na niego narzeka, krytykuje, mówi że spodziewało się czegoś więcej. A sama Figma ponoć coraz śmielej odchodzi od inwestowania w Make i zamiast tego szuka integracji z innym wielkim toolem, czyli wspomnianym wyżej Claudem.
Dla mnie historia Make to po prostu symbol corocznej burzy wokół apdejtów Figmy ogłaszanych na ich konferencji. Pojawia się nowy ficzer, ludzie na sali krzyczą, nie dowierzają, pojawiają się łzy wzruszenia, radość jak u Angeliki Muchy na tegorocznej Coachelli. A co dzieje się później? Ile z tych apdejtów tak naprawdę przetrwało próbę czasu i po latach jest must-havem? U mnie, czyli designerskiego everymana, niewiele.
Z innej mańki, ktoś jeszcze używa Lovable? Pamiętam, gdy się popularyzowało i słyszałem od znajomych, że robi ciekawą robotę. W mojej bańce całkowicie przepadło.
Pamiętacie inne narzędzie od OpenAI, Sorę? Zapowiadało się wspaniale! Ale z początkiem roku firma coraz bardziej wycofywała się z tego pomysłu. Obecnie całkowicie go odcięła, a gdybyśmy teraz chcieli przerobić tekst na wideo to powinniśmy używać innych rozwiązań, jak chocby Vertexa od Google.
Wyczekiwanie. Weryfikacja. "Meh, spodziewałem się więcej". Porzucenie - brzmi jak dość standardowy cykl życia odczuć co do większości AI tooli.
Znacie Groka? Na pewno znacie. Muskowe narzędzie, które chyba najbardziej zasłynęło z tego, że dzięki niemu można było w ułamku sekundy przerobić zdjęcie Donalda Trumpa w garniturze na zdjęcie Donalda Trumpa w bikini. Super sprawa! Otóż Grok jest od kilku tygodni płatny i dostępny jedynie dla użytkowników Premium.
Więc otwieramy furtkę na kolejny problem, jakim jest fakt, że nigdy nie wiemy czy tool, którego się właśnie namiętnie uczymy zaraz nie zostanie schowany za paywallem i albo potraktujemy jego naukę jako stracony czas albo wyczarujemy pieniądze i wykupimy kolejną już - jakąś czterdziestą szóstą - subskrypcję toola AI, by móc z niego dalej korzystać.
To jak żyć?
Mamy mieć w dupie te narzędzia? Nie brzmi to najrozsądniej.
Mamy uczyć się ich wszystkich? Bylibyśmy w stanie chyba tylko na bezrobociu (znacie tego mema?)
Więc jaki jest morał? Sam nie wiem.
By wiedzieć, trzeba by się było przenieść do przyszłości i zapytać samego siebie o to, które narzędzia faktycznie zakorzenią się w skillsecie projektanta. Natomiast, jak wiemy, AI tego (jeszcze) nie umożliwia.
Nasuwa się więc wniosek, że należy być uważnym, obserwować. Ze spokojem. Bez nadęcia. W taki sposób, by FOMO nie pożarło nas od środka. By nie czuć się źle, że przez ostatnie dwa tygodnie wakacji nic nie poczytaliśmy na temat tego nowego hiper AI toola, o którym wszyscy teraz mowią, tylko dali sobie przestrzeń.
Bo tylko czas pokaże, czy faktycznie ów tool będzie istotnym assetem w naszej talii kart. A z tego, co obecnie widać - łatwiej się nadrabia swoją niewiedzę przez liczne tutoriale czy porady znajomych niż wychodzi do ludzi z piwnicy, w której zamknęliśmy się na trzy spusty, żeby pozostać na bieżąco.
Bogaty pan w garniturze
No dobra, więc mamy te wszystkie narzędzia. Mamy jakiś pomysł, co z tym robić. Ale to tylko część historii.
No bo już wiemy: niektóre narzędzia są świetne. Niektóre są mid. Niektóra są już zdezaktualizowane. Gdy wypuszczę ten felieton prawdopodobnie i kolejne nie będą już tak samo hot jak w momencie gdy o tym pisze. Zaraz pojawią się jeszcze inne. I kolejne. I jeszcze nowsze. Żywotność trendów w AI jest zazwyczaj niesamowicie krótka. Trudno jest zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek.
A już szczegolnie, gdy pomyśli się o tym, że istotna jest nie tylko nasza perspektywa - osób o jakimś tam poziomie wiedzy i doświadczenia, związanego z dziedziną, którą faktycznie usprawniać mają te wszystkie toole.
Istotna jest również perspektywa osób związanych z zupełnie innymi obszarami pracy. Osób, które może nawet nie wiedzą jak w rzeczywistości pracuje projektant, analityk czy programista, a jedynie słyszą o tym od swoich podwładnych.
Tak jest! Biznes! Czyli osoby, które decydują o tym, czy do danego zadania potrzebnych jest 50 pracowników, czy 5, czy może wystarczy jeden z agentem AI. I szczerze to ich się bardziej boję niż samego AIa.
Bo my możemy sobie dyskutować. Możemy wzajemnie przekonywać się, że to są tylko narzędzia, które ktoś musi obsługiwać. Możemy sobie wzajemnie potakiwać, klepiąc się po ramieniu. Ale to (najczęśćiej) nie my mamy moc sprawczą. To ci ludzie z otwartym Excelem decydują. To na ich łaskę jesteśmy zdani. A ja im nie do końca ufam. Nie ufam ich racjonalności. Tej, która nieustannie pcha ich w kierunku rezygnacji z nadmiernych kosztów na rzecz mitycznej już optymalizacji pracy i wyższego performance'u.
I nawet jeśli ktoś z nas, szarych pracowników, powie:
„Hehe, proszę bardzo, niech nas wszystkich zwolnią, zobaczymy dokąd ich to doprowadzi!!!”
To ja tego nie kupuję.
Bo nawet jeśli doprowadzi ich wprost na wysypisko śmieci, gdzie finalnie doznają oświecenia, gdzie zrozumieją że jednak przyda im się porządny projektant, porządny deweloper, product owner czy QA, a oni sami ze wsparciem jakiegoś magicznego AI Specialist nie dźwigną tego wózka, to zanim się nań dostaną, to przez te kilka lat będą próbowali udowodnić światu swoją rację. Stwarzając na rynku posuchę. Doprowadzając bezpośrednio lub pośrednio do rezygnacji, do wypalenia u osób, które do tej pory, mniej lub bardziej, czerpały fun z tej pracy.
I wiem, że brzmi to fatalistycznie. Że wyłania się z tego skrajnie negatywny, po części niesprawiedliwie, obraz wspomnianego „biznesu”. Biznesu, który przecież też chce dobrze. Tylko chce dobrze w trochę inny sposób. Taki, który potrafi przestraszyć.
Ale czy będzie tak źle? Nie wiadomo. Może przesadzam. Może ostatecznie poradzę sobie bez większego problemu. Może większość szeregowych pracowników też sobie poradzi. Może AI faktycznie usprawni naszą pracę. A nawet sprawi, że rynek będzie jeszcze lepszy, bo pojawią się zupełnie nowe stanowiska pracy. Może.
Ale może też część tych wspomnianych pracowników sobie nie poradzi. Może się wypalą. Może już teraz się wypalają. Czują, że wybrana ścieżka kariery jednak nie jest dla nich. I nawet jak będzie to garstka ludzi w skali świata, to jest mi ich po prostu szkoda. To z nimi empatyzuję, a nie z biznesem. A przynajmniej nie z biznesem w takim wydaniu. Bo może jestem naiwny, ale uważam, że biznes też może być ludzki. A czy ten obecny taki jest?
Przetrwają najsilniejsi
Popatrzmy choćby na juniorów. Nawet nie chce mi się myśleć ile razy w ostatnich miesiącach widziałem wpisy na LinkedInie początkujących designerów, którzy poszukują pracy i po tejże pracy ani widu ani słychu.
200 wysłanych CV i zero zaproszeń na rozmowę? Norma! Swoiste rejection therapy.
A przecież samo CV nie wystarcza, bo trzeba jeszcze poświęcić co najmniej kilka tygodni na sklejenie portfolio. Udział w kursie. Wolontariat w NGO. I czy to gwarantuje jakikolwiek sukces? Absolutnie nie.
Sytuacje z przeszłości, kiedy to zatrudniano ludzi bez doświadczenia i faktycznie dawano im szansę zaistnieć w firmie urastają obecnie do kategorii miejskich legend. A jest z tym jedynie coraz gorzej. No bo jak w dobie takiego parcia na AI w ogóle zacząć?
Jak już wiemy - jako projektant musisz mieć portfolio. Żeby wiedzieć jak zrobić dobre portfolio - trzeba zainwestować. Czas, a nierzadko też i pieniądze. Jak już to wiemy to trzeba ów portfolio wdrożyć. Najlepiej na stronie internetowej, z własną domeną. Która kosztuje. Najlepiej z realnymi case studies. Które wymagają własnej inicjatywy, dołączania do stowarzyszeń czy na wolontariat.
Poza portfolio oczywiście potrzebujemy też CV. A to powinno się wyróżniać. Poza edukacją warto więc dorzucić tam jakiś kurs. Płatny. Może też dyplom za udział w szkoleniu czy warsztatach. Również płatnych.
I teraz dodajmy do tego jeszcze warstwę AI.
To jest: wiedzę związaną z tym, jak ATS-y skanują nasze CV i jak dostosować pod nie treści. To jest: konieczność znajomości i obsługi kolejnych narzędzi AI na jakimś sensownym poziomie. A to - jak już wiemy z pierwszej części - bywa i kosztowne czasowo i finansowo.
To wygląda jakby ktoś lata temu zamknął nas wszystkich w labiryncie i obserwował jak sobie radzimy. A kiedy już zaczynamy kojarzyć zakręty i droga układa się w całość, to sru - obraca labirynt do góry nogami lub wrzuca tam jakiegoś Minotaura.
I jak sobie z tym poradzić? Chyba nikt nie zna odpowiedzi. I to jest przykre. Trzeba kombinować. Szukać innych możliwości wkręcenia się w branżę takich jak networking. Ale to już opowieść na inną okazję. Co tylko pokazuje jak cholernie trudne jest obecnie zaistnienie w branży.
Słowem zakończenia
AI ma ogromny wpływ na nasze działania, nasze myślenie, sposób w jaki funkcjonujemy. Myśląc krótkowzrocznie można uznać, że jest to naprawdę ekscytujące zagadnienie. Myśląc trochę szerzej pojawiają się komplikacje. Wiele komplikacji.
I chciałbym wierzyć, że faktycznie nie ma się o co martwić i jakoś to będzie. Zdaję sobie też sprawę, że nie ma co przejmować się czymś, na co nie mamy wpływu. Ale jest jak jest. Bycie odpornym na srakę AI jest naprawdę trudne.
I tejże odporności pozostaje mi życzyć zarówno sobie jak i Tobie, droga osobo czytająca.
A wszystkim innym, którzy nas otaczają życzę rozwagi.
Rozglądajmy się raz na jakiś czas wokół. Rozwijajmy się w swoim tempie. Pomagajmy sobie, na różne sposoby. Bądźmy w tym wszystkim ludźmi, dbając o siebie nawzajem i pamiętając o tym, że czasem tnąc koszta możemy za bardzo się zamachnąć.
I uciąć też gałąź, na której wszyscy siedzimy.
Newsletterowcy wiedzą wcześniej!
Chcesz mieć dostęp do kolejnych artykułów i podsumowań? Dołącz do newslettera!
DOŁĄCZ DO NEWSLETTERA
